„Betrojerinki. Reportaże o pracy opiekuńczej i (bez)nadziei” – Anna Wiatr. Recenzja książki o opiekunkach w Niemczech
„Betrojerinki” Anny Wiatr to książka, po którą szczególnie powinny sięgnąć osoby zainteresowane pracą polskich opiekunek osób starszych w Niemczech. Nie jest to poradnik, który krok po kroku wyjaśni, jak znaleźć dobrą sztelę, ani zbiór lekkich historii z życia opiekunek. To reportaż o pracy opiekuńczej, migracji zarobkowej, pieniądzach, prawie, samotności, zależności i cenie, jaką czasami płaci się za możliwość zarobienia większych pieniędzy za granicą.
I właśnie dlatego moja ocena tej książki jest dość nietypowa.
Za wiedzę – bardzo wysoko. Za sposób podania – zdecydowanie niżej.
Bo „Betrojerinki” to jedna z tych książek, przy których można jednocześnie pomyśleć: to bardzo ważna książka i chwilę później: dlaczego tak trudno mi ją czytać?
„Betrojerinki” – co to właściwie znaczy?
Tytuł pochodzi od niemieckiego słowa Betreuerin, czyli opiekunka.
Autorka nie przygląda się pracy opiekunek wyłącznie z perspektywy pojedynczej historii.
Interesuje ją znacznie większy problem:
Dlaczego tysiące kobiet wyjeżdżają do Niemiec, żeby zamieszkać z obcą starszą osobą i zajmować się nią przez tygodnie lub miesiące?
Co sprawia, że decydują się na taką pracę?
I przede wszystkim:
ile naprawdę kosztuje życie opiekunki za granicą?
To nie jest książka o „łatwych pieniądzach”
I tutaj książka Anny Wiatr dotyka tematu, który znamy bardzo dobrze.
W Polsce często patrzy się na opiekunkę wracającą z Niemiec przede wszystkim przez pryzmat pieniędzy.
„Przywiozła kilka tysięcy”.
„Dwa miesiące popracowała i zarobiła więcej niż ja przez pół roku”.
„To dopiero ma dobrze”.
Tylko że pieniądze są końcowym efektem całej historii, a nie jej początkiem i nie jej pełnym obrazem.
Nie widać tęsknoty.
Nie widać zamknięcia w cudzym domu.
Nie widać nocy, podczas których senior nie śpi.
Nie widać konfliktów z rodziną.
Nie widać odpowiedzialności.
Nie widać życia według czyjegoś rytmu.
Nie widać sytuacji, w których trzeba postawić granicę, choć druga strona uważa, że skoro opiekunka mieszka w domu, to powinna być dostępna praktycznie cały czas.
I właśnie ten rozdźwięk między „ile zarabia” a „jak zarabia” jest jednym z najważniejszych tematów tej książki.
Opiekunka jako pracownik czy osoba „do wszystkiego”?
Jednym z problemów, które książka próbuje pokazać, jest zacieranie granic pomiędzy opieką, pracą domową i całodobową dyspozycyjnością.
W opisie książki pojawia się bardzo mocne założenie: osoba wyjeżdżająca do Niemiec może znaleźć się w sytuacji, w której oczekuje się od niej praktycznie stałej dostępności.
I tutaj warto zatrzymać się na chwilę.
Bo mieszkanie z seniorem nie oznacza automatycznie pracy przez 24 godziny na dobę.
To bardzo ważne rozróżnienie także dzisiaj.
Model live-in jest specyficzny, ponieważ miejsce zamieszkania i miejsce wykonywania pracy stają się jednym miejscem. Opiekunka może być więc fizycznie obecna w domu seniora, nawet kiedy nie wykonuje żadnego zadania.
A przecież:
być w domu ≠ pracować.
To rozróżnienie ma ogromne znaczenie dla praw opiekunki.
Umowy, przepisy i prawna układanka
Jedną z najbardziej wartościowych części „Betrojerinek” jest próba pokazania prawnego tła pracy opiekuńczej.
I jednocześnie jest to dla mnie jedna z najtrudniejszych części książki.
Autorka porusza kwestie związane z zatrudnieniem, umowami, delegowaniem pracowników, odpowiedzialnością poszczególnych stron oraz tym, gdzie opiekunka może szukać pomocy.
To temat skomplikowany już sam w sobie.
A kiedy dołożymy do niego dwa państwa, agencję, rodzinę seniora, osobę wymagającą opieki i różne modele zatrudnienia, robi się naprawdę trudno.
Dlatego czytając tę część, miałam momentami wrażenie, że zamiast wejść głębiej w historie konkretnych kobiet, wchodzę w gąszcz przepisów i zależności.
Z drugiej strony właśnie dlatego ta część jest cenna.
Bo wiele opiekunek zaczyna interesować się prawem dopiero wtedy, kiedy pojawia się problem.
A wtedy może być już za późno na spokojne zastanawianie się, co właściwie podpisały.
Czy „Betrojerinki” są poradnikiem dla opiekunek?
Nie.
I moim zdaniem warto to podkreślić.
Jeżeli ktoś kupi tę książkę z nadzieją, że znajdzie w niej prostą instrukcję:
co zrobić z trudnym seniorem,
to może się rozczarować.
To przede wszystkim reportaż i próba opisania zjawiska społecznego, a nie praktyczny poradnik zawodowy.
I właśnie dlatego nie traktowałabym „Betrojerinek” jako książki, która ma nauczyć opiekunkę wszystkiego, co powinna wiedzieć przed wyjazdem.
Ona ma raczej sprawić, żeby zaczęła zadawać pytania.
Największy problem? Historie znikają za informacjami
I tutaj dochodzę do tego, co najbardziej przeszkadzało mi w tej książce.
Brakowało mi ludzi.
Nie w sensie liczby osób, o których autorka pisze.
Ludzi jest tam sporo.
Brakowało mi natomiast poczucia, że po przeczytaniu kolejnej historii naprawdę znam tę konkretną kobietę.
Czytam o opiekunkach.
O ich pracy.
O ich problemach.
O ich sytuacji.
O przepisach.
O pieniądzach.
Ale po zamknięciu książki trudno mi powiedzieć:
„Pamiętam tę Jadzię. Wiem, co ją spotkało. Pamiętam jej historię”.
I właśnie tego oczekuję od dobrego reportażu.
Nie tylko informacji.
Chcę człowieka.
Chcę konkretnej twarzy.
Chcę historii, która zostanie ze mną jeszcze długo po odłożeniu książki.
Czy reportaż musi mieć „serce”?
Tu pojawia się pytanie, które jest dla mnie najciekawsze.
Bo można powiedzieć:
„Ale przecież to reportaż. Autorka nie miała pisać powieści”.
I to prawda.
Reportaż nie musi być literaturą piękną.
Nie musi kreować bohaterów.
Nie musi dopisywać emocji.
Nie powinien też wymyślać tego, czego rozmówca nie powiedział.
Ale dobry reportaż potrafi sprawić, że fakty zaczynają mieć twarz.
I właśnie tego zabrakło mi najbardziej.
Mam ogromny szacunek do pracy, którą Anna Wiatr wykonała, zbierając materiały i próbując uporządkować tak trudny temat. Sama autorka ma wykształcenie socjologiczne i doświadczenie pracy jako opiekunka osób starszych.
Tym bardziej szkoda mi, że jako czytelniczka momentami czułam się bardziej obserwatorką problemu niż uczestniczką historii konkretnych kobiet.
Autorka zna temat również z własnego doświadczenia
To bardzo istotny element.
Anna Wiatr nie podchodzi do tematu wyłącznie z pozycji osoby, która przeczytała kilka artykułów o opiekunkach i postanowiła napisać książkę.
To daje jej szczególną perspektywę.
Wie, czym jest praca wykonywana w cudzym domu.
Wie, czym jest emigracja zarobkowa.
Wie, jak wygląda zależność od innych osób.
I dzięki temu „Betrojerinki” nie są tylko zewnętrzną obserwacją.
Czy wszystkie opiekunki są ofiarami?
I tutaj mam pewien problem z odbiorem książki.
Praca opiekunki w Niemczech może być trudna.
Może być źle zorganizowana.
Może dochodzić do łamania praw pracowniczych.
Może być wyzysk.
Może być przemoc.
Może być wykorzystanie zależności.
Ale nie każda opiekunka jest niewolnicą i nie każda sztela jest piekłem.
To bardzo ważne.
Między:
„opiekunki są wykorzystywane”
a
„każda opiekunka jest wykorzystywana”
jest ogromna różnica.
Najciekawszy jest dla mnie paradoks pieniędzy
„Betrojerinki” pokazują coś, o czym często zapominamy.
Dla jednej kobiety 5 czy 10 tysięcy złotych zarobionych podczas wyjazdu może oznaczać ogromną zmianę sytuacji finansowej.
Może spłacić długi.
Może wyremontować mieszkanie.
Może pomóc dzieciom.
Może odłożyć pieniądze.
Może po prostu przez kilka miesięcy żyć spokojniej.
I dlatego opiekunki godzą się na rzeczy, na które być może nie zgodziłyby się za polską pensję.
To nie zawsze oznacza brak rozsądku.
Czasami oznacza po prostu ekonomiczny wybór dokonany w konkretnych okolicznościach.
I właśnie dlatego tak bardzo nie lubię oceniania opiekunek z pozycji:
„Ja bym nigdy nie pojechała”.
Nie wiesz, co zrobiłabyś, gdybyś miała kredyt, dzieci, długi, brak pracy i możliwość zarobienia kilku tysięcy złotych.
Najbardziej dołujący jest epilog
To właśnie epilog książki zrobił na mnie szczególne wrażenie.
Pojawia się ten bardzo charakterystyczny sposób myślenia:
„Nie narzekaj. Przecież zarabiasz w euro”.
Tylko że argument:
„inni mają gorzej”
nigdy nie powinien być usprawiedliwieniem dla łamania czyichś praw.
Jeżeli ktoś zarabia więcej, nie oznacza to, że można mu zabrać odpoczynek.
Jeżeli ktoś wyjechał dobrowolnie, nie oznacza to, że można zmieniać ustalenia.
Jeżeli ktoś potrzebuje pieniędzy, nie oznacza to, że powinien godzić się na wszystko.
I chyba właśnie to zdanie jest jednym z najważniejszych, jakie można wynieść z tej książki:
Pieniądze nie unieważniają praw człowieka.
Czy „Betrojerinki” są tylko o Niemczech?
Moim zdaniem – nie.
Niemcy są tutaj miejscem, w którym skupiają się różne problemy.
Ale książka jest również o:
Polsce.
O tym, dlaczego kobiety wyjeżdżają.
O sytuacji kobiet na rynku pracy.
O starzeniu się społeczeństw.
O tym, kto będzie zajmował się osobami starszymi.
O migracji zarobkowej.
O nierównościach ekonomicznych.
O tym, że opieka nad osobami starszymi jest konieczna, ale często pozostaje niewidoczna.
I o tym, że ktoś musi tę pracę wykonać.
Dlaczego opiekunki wyjeżdżają?
To pytanie wydaje się banalne.
Dla pieniędzy.
Ale ta odpowiedź jest zdecydowanie zbyt prosta.
Jedna kobieta wyjeżdża, bo nie może znaleźć pracy.
Druga chce spłacić kredyt.
Trzecia chce pomóc dzieciom.
Czwarta chce zarobić na mieszkanie.
Piąta ma już dość swojej sytuacji zawodowej.
Szósta odkrywa, że w Niemczech może zarobić znacznie więcej niż w Polsce.
Siódma jedzie, bo namówiła ją koleżanka.
A ósma jedzie po prostu dlatego, że chce spróbować.
Nie ma jednej historii polskiej opiekunki.
I właśnie tego wielogłosowego charakteru pracy w opiece trochę mi w książce zabrakło.
Czy „Betrojerinki” pokazują prawdziwą opiekę?
Pokazują jej ważną część.
Ale nie całość.
Bo praca opiekunki może oznaczać zarówno:
bardzo trudną sztelę,
spokojnego seniora,
wymagającą rodzinę,
świetną rodzinę,
samotność,
przyjaźń,
zmęczenie,
satysfakcję,
pieniądze,
rozwój języka,
konflikty,
dobre relacje,
poczucie bezsilności,
poczucie, że robi się coś naprawdę potrzebnego.
Nie istnieje jeden model opieki.
I właśnie dlatego książkę warto czytać jako głos w dyskusji, a nie jako definicję tego, czym jest praca każdej opiekunki w Niemczech.
Co mi się w tej książce podobało?
Przede wszystkim temat.
W momencie wydania „Betrojerinek” temat pracy polskich opiekunek w Niemczech nie był jeszcze tak szeroko obecny w przestrzeni publicznej jak dzisiaj.
Książka próbowała pokazać, że za słowami:
„jadę do Niemiec do opieki”
stoi znacznie więcej niż tylko wysokość wynagrodzenia.
Doceniam również część dotyczącą prawa i organizacji pracy.
To nie jest łatwy temat, ale jest potrzebny.
Doceniam też próbę pokazania opieki jako zjawiska społecznego, a nie tylko prywatnego problemu kilku kobiet.
A czego mi zabrakło?
Emocji.
Konkretnych bohaterów.
Historii, które pamiętałabym po przeczytaniu.
Większego zróżnicowania opisywanych doświadczeń.
I chyba przede wszystkim tego, żeby po zamknięciu książki została we mnie konkretna kobieta.
Nie tylko problem.
Nie tylko przepisy.
Nie tylko statystyka.
Człowiek.
„Betrojerinki” a „Perły rzucone przed damy”
Nie mogę nie wspomnieć tutaj o swojej książce „Perły rzucone przed damy”, bo obie publikacje dotykają podobnego świata, ale robią to zupełnie inaczej.
„Betrojerinki” są reportażem o zjawisku.
„Perły rzucone przed damy” są zbiorem historii z konkretnych zleceń.
I właśnie dlatego moje podejście do opieki jest inne.
Mnie interesował konkretny senior.
Konkretna rodzina.
Konkretna sztela.
Konkretna sytuacja, w której trzeba było podjąć decyzję.
Bo kiedy czytam:
„opiekunki mają problem z granicami”,
to chcę wiedzieć:
Jak wyglądała ta sytuacja?
Co powiedział senior?
Co odpowiedziała opiekunka?
Co zrobiła rodzina?
Co zrobiła agencja?
Jak to się skończyło?
Dopiero wtedy mogę naprawdę zrozumieć problem.
Czy polecam „Betrojerinki”?
Tak, ale z pewnym zastrzeżeniem.
Nie poleciłabym jej komuś, kto szuka lekkiej książki o życiu opiekunki w Niemczech.
To zdecydowanie nie jest lektura „na poprawę humoru”.
Poleciłabym ją natomiast:
osobom pracującym w opiece,
osobom planującym wyjazd do Niemiec,
osobom zainteresowanym migracją zarobkową,
rodzinom seniorów,
osobom badającym rynek pracy opiekunek,
czytelnikom zainteresowanym reportażem społecznym,
wszystkim, którzy chcą zobaczyć, co znajduje się za hasłem „praca w opiece w Niemczech”.
Ale radzę czytać ją krytycznie i z dystansem.
Nie po to, żeby po jej przeczytaniu stwierdzić:
„Tak właśnie wygląda każda sztela”.
Tylko żeby zadać sobie pytanie:
„Czy ja wiem, na jakich zasadach naprawdę pracuję?”
Moja ocena „Betrojerinek”
To dla mnie książka, którą trudno ocenić jedną liczbą.
Temat: 10/10
Wartość informacyjna: 10/10
Znaczenie społeczne: 9/10
Pokazanie problemów prawnych: 9/10
Bohaterowie i zapamiętywalność historii: 4/10
Lekkość czytania: 4/10
Emocjonalność: 4/10
Moja ogólna ocena: 6/10
I jest to ciekawa ocena, bo nie oznacza, że uważam tę książkę za niepotrzebną.
Wręcz przeciwnie.
Uważam, że temat jest bardzo potrzebny.
Tylko sposób jego przedstawienia nie do końca do mnie trafił.
Dlatego powiedziałabym:
To ważna książka, ale niekoniecznie łatwa książka.
I być może właśnie dlatego warto ją przeczytać.
Nie po to, żeby się nią zachwycić.
Nie po to, żeby zgodzić się ze wszystkim, co w niej znajdziemy.
Ale po to, żeby spojrzeć na pracę polskich opiekunek w Niemczech z jeszcze jednej perspektywy.
A Ty czytałaś „Betrojerinki”?
Jestem bardzo ciekawa opinii osób, które pracowały albo nadal pracują w opiece w Niemczech.
Czy po przeczytaniu książki Anny Wiatr miałaś poczucie, że autorka rzeczywiście pokazała Twoją rzeczywistość?
Czy przeciwnie – pomyślałaś:
„Moja praca wygląda zupełnie inaczej”?
Napisz w komentarzu. Szczególnie ciekawi mnie zdanie samych opiekunek, bo to właśnie one najlepiej wiedzą, jak wygląda życie na szteli.



Komentarze
Prześlij komentarz
Dziękuję za komentarz. Cieszę się, że zainteresował Cię mój artykuł. Pozdrawiam. Barbara Bereżańska