Nie jestem wielką fanką czytania książek o celebrytach. Zwykle nie interesuje mnie, kto z kim się pokłócił, kto kupił dom, kto wyjechał na wakacje i co akurat zjadł na śniadanie. Dlatego po książkę Katarzyny Nosowskiej „A ja żem jej powiedziała...” sięgnęłam nie dlatego, że chciałam zajrzeć za kulisy życia gwiazdy.
Bardziej zainteresowało mnie coś innego.
Co ma do powiedzenia kobieta, która przez lata funkcjonowała w świecie, w którym inni nieustannie ją obserwują, oceniają i mają o niej jakieś wyobrażenie?
I tutaj Nosowska potrafi zaskoczyć.
To nie jest książka o wielkiej gwieździe
Największą zaletą tej książki jest chyba to, że Nosowska bardzo szybko sprowadza siebie z piedestału.
Nie próbuje przekonywać czytelnika, że ma receptę na życie. Nie występuje w roli kobiety sukcesu, która już wszystko zrozumiała i teraz może pouczać innych.
Wręcz przeciwnie.
Pisze o swoich słabościach, kompleksach, relacjach, miłości, alkoholu, wyglądzie, jedzeniu, poczuciu własnej wartości, starzeniu się, potrzebie akceptacji i o tym, jak łatwo człowiek może uwierzyć, że wszyscy inni radzą sobie lepiej.
I właśnie dlatego jej obserwacje potrafią być bliskie także komuś, kto nigdy nie miał nic wspólnego ze światem muzyki.
Bo pod warstwą nazwisk, show-biznesu i popularności jest po prostu człowiek.
Kolorowa książka o mniej kolorowym życiu
Pierwsze, co rzuca się w oczy, to forma.
Książka jest bardzo kolorowa, pełna ilustracji i graficznych dodatków. I początkowo można odnieść wrażenie, że mamy przed sobą lekką, zabawną lekturę.
Tymczasem Nosowska porusza również tematy, które lekkie wcale nie są.
To ciekawy kontrast.
Kolorowa oprawa nie sprawia, że problemy znikają. Raczej pokazuje, że życie może mieć jednocześnie wiele barw. Możemy się śmiać, kiedy w środku wcale nie jest nam do śmiechu. Możemy wyglądać na szczęśliwych, a jednocześnie zmagać się z własnymi demonami.
I chyba właśnie to podobało mi się w tej książce najbardziej.
Nosowska nie udaje, że życie jest idealne
W czasach, kiedy media społecznościowe pokazują nam cudze idealne mieszkania, idealne sylwetki, idealne związki i idealne wakacje, książka Nosowskiej działa trochę jak zimny prysznic.
Pokazuje, że za pięknym obrazkiem może znajdować się zupełnie inna historia.
I dotyczy to nie tylko gwiazd.
Każdy z nas może stworzyć swoją własną wersję życia na pokaz.
Możemy uśmiechać się do zdjęcia, kiedy chwilę wcześniej płakaliśmy. Możemy mówić, że wszystko jest w porządku, choć wcale nie jest. Możemy zazdrościć komuś życia, o którym tak naprawdę nie wiemy prawie nic.
Nosowska bardzo dobrze rozprawia się z takim myśleniem.
Nie robi tego jednak w formie wykładu. Często robi to żartem, ironią albo autoironią.
Czasami śmiesznie, czasami boleśnie
I tutaj pojawia się charakterystyczny styl Nosowskiej.
Ona potrafi powiedzieć coś bardzo trafnego, a chwilę później obrócić to w żart.
Nie każdy będzie zachwycony takim sposobem pisania. Mnie momentami ta forma męczyła. Niektóre fragmenty wydawały mi się zbyt przekombinowane, a sposób prowadzenia myśli nie zawsze był dla mnie łatwy.
To nie jest książka, którą czytałam bez żadnego zatrzymania.
Ale jednocześnie wiele razy odkładałam ją po przeczytaniu jakiegoś fragmentu i myślałam:
„No przecież ona ma rację”.
I chyba właśnie o to w tej książce chodzi.
Nie o to, żeby zachwycić się każdym zdaniem.
Tylko żeby czasami zatrzymać się przy jednym z nich.
Najbardziej podoba mi się jej niedoskonałość
Nosowska nie próbuje stworzyć obrazu kobiety, która osiągnęła sukces, a następnie przekazuje nam instrukcję obsługi szczęśliwego życia.
Nie ma tutaj wielkiego: „Zrób to, a będziesz szczęśliwa”.
Jest za to człowiek, który sam próbuje zrozumieć siebie.
I może właśnie dlatego książka jest bardziej interesująca niż kolejna publikacja osoby znanej, która opowiada nam, jak odniosła sukces.
Nosowska pokazuje również cenę tego, co znajduje się za sukcesem.
Samotność, kompleksy, presję, potrzebę akceptacji, trudne doświadczenia i nieustanne mierzenie się z własnym obrazem.
Czy warto przeczytać „A ja żem jej powiedziała...” ?
Tak, ale nie każdemu.
Jeżeli oczekujecie klasycznej autobiografii, możecie się rozczarować. To raczej zbiór osobistych felietonów i refleksji niż uporządkowana historia życia.
Jeżeli natomiast lubicie książki, które z jednej strony bawią, a z drugiej zmuszają do zastanowienia się nad sobą, warto dać Nosowskiej szansę.
Szczególnie poleciłabym ją osobom, które mają już trochę życiowego doświadczenia.
Bo pewne rzeczy inaczej czyta się jako dwudziestolatka, a inaczej wtedy, kiedy człowiek sam zdążył już zaliczyć kilka zakrętów.
Moja ocena: 7,5/10
Nie jest to książka idealna. Momentami styl Nosowskiej był dla mnie zbyt skomplikowany, a niektóre fragmenty mniej interesujące.
Ale jest w niej coś, co zostaje.
Szczerość. Autoironia. Zgoda na niedoskonałość. I próba powiedzenia sobie, że nie trzeba całe życie udowadniać światu, że jest się wystarczająco dobrym człowiekiem.
I może właśnie dlatego ta książka, mimo że opowiada o życiu znanej wokalistki, wcale nie jest przede wszystkim o niej.
Jest trochę o nas.
O tym, jak bardzo chcemy być lubiani.
O tym, jak często porównujemy się z innymi.
I o tym, jak trudno czasami po prostu powiedzieć:
„Taka jestem. I już nie muszę się z tego tłumaczyć”.
A Wy czytaliście „A ja żem jej powiedziała...”?
Co sądzicie o Katarzynie Nosowskiej jako autorce – bardziej Was bawi, czy bardziej skłania do refleksji?



Komentarze
Prześlij komentarz
Dziękuję za komentarz. Cieszę się, że zainteresował Cię mój artykuł. Pozdrawiam. Barbara Bereżańska