Po książkę „Tatuażysta z Auschwitz” Heather Morris sięgnęłam, ponieważ chciałam poznać nie kolejną lekcję historii, ale przede wszystkim historię człowieka, który przeżył Auschwitz.
I właśnie dlatego nie traktowałam tej książki jak podręcznika. Interesowało mnie to, co działo się z człowiekiem zamkniętym w obozowej rzeczywistości. Jak można było tam żyć? Jak podejmowano decyzje? Jak można było zachować człowieczeństwo, kiedy człowiek codziennie oglądał śmierć?
I pod tym względem książka mnie zainteresowała.
Lale – więzień, ale jednak „wybrany”
Głównym bohaterem jest Lale Sokolov, słowacki Żyd, który trafił do Auschwitz w 1942 roku. W obozie został tatuażystą – wykonywał numery identyfikacyjne nowo przybyłym więźniom.
Sam fakt, że otrzymał taką funkcję, bardzo zmienia perspektywę tej historii.
Lale nie żył dokładnie tak jak większość więźniów. Miał dostęp do dodatkowego jedzenia, mógł poruszać się w określonych sytuacjach inaczej niż inni i dzięki swojej pracy miał większe szanse na przeżycie. Historyczne źródła potwierdzają, że więźniowie pracujący jako tatuażyści rzeczywiście należeli do grupy, która miała pewne przywileje.
Ale właśnie to jest dla mnie jednym z najciekawszych elementów książki.
Co dzieje się z człowiekiem, który dostaje szansę przeżycia, podczas gdy inni tej szansy nie mają?
Czy można korzystać z przywileju i jednocześnie zachować świadomość, że inni cierpią?
Lale próbuje pogodzić jedno z drugim. Pomaga innym, wykorzystuje swoje możliwości, zdobywa jedzenie i stara się przeżyć. Nie jest jednak bohaterem bez skazy. I właśnie dlatego jego historia jest ciekawa.
Auschwitz widziane oczami jednego człowieka
Czytając tę książkę, miałam momentami wrażenie, że Auschwitz zostało pokazane inaczej niż w wielu książkach o Holokauście.
Oczywiście są tam śmierć, głód, przemoc, eksperymenty medyczne, palenie zwłok, rozstrzeliwania i odczłowieczenie więźniów.
A jednak narracja nie jest cały czas przytłaczająca.
I tutaj mam z książką pewien problem.
Czy opowieść o Auschwitz powinna czytać się tak łatwo?
Mnie zabrakło większego ciężaru emocjonalnego. Brakowało mi czasami tego, co dzieje się wewnątrz człowieka, który wie, że może umrzeć następnego dnia. Strachu. Bezsilności. Traumatycznych konsekwencji tego, co się widzi. Pytania: jak można później żyć z tym wszystkim w głowie?
Być może wynika to również z perspektywy samego Lalego. To była jego pamięć, jego sposób opowiadania i jego próba uporządkowania przeszłości.
A przecież pamięć świadka nie jest tym samym co dokument historyczny.
Historia Lalego i Gity
Najbardziej zapadającym w pamięć elementem książki jest oczywiście miłość Lalego i Gity.
Poznają się w Auschwitz, a ich uczucie staje się dla nich czymś, co przypomina, że poza numerem na ręce nadal istnieje człowiek.
W miejscu, w którym więźniowie mieli zostać pozbawieni własnej tożsamości, Lale patrzy na Gitę nie jak na numer, ale jak na kobietę.
I właśnie dlatego ten wątek działa.
Nie jestem osobą, która łatwo wzrusza się romansami, ale przy tej historii kilka razy naprawdę zrobiło mi się mokro w oczach.
Może dlatego, że nie jest to zwykła historia miłosna.
To historia o tym, że nawet w miejscu stworzonym do odebrania człowiekowi wszystkiego można było jeszcze znaleźć bliskość, nadzieję i powód, żeby przeżyć kolejny dzień.
Czy Lale był bohaterem?
Tutaj mam pewne wątpliwości.
Lale został przedstawiony jako człowiek niezwykle zaradny, odważny i pomagający innym. I niewątpliwie jego zachowanie wymagało ogromnej odwagi.
Ale nie potrafię całkowicie uwierzyć w obraz człowieka niemal idealnego.
W obozie koncentracyjnym trudno było przeżyć, nie podejmując decyzji, które mogły mieć konsekwencje dla innych. Każdy przywilej miał swoją cenę, a granica między ratowaniem siebie a pomaganiem komuś innemu musiała być czasami dramatycznie cienka.
Dlatego bardziej interesowałoby mnie pokazanie moralnego ciężaru jego wyborów.
Nie tylko: „Lale pomagał”.
Ale również: co czuł, kiedy nie mógł pomóc? Co robił, kiedy ratowanie jednej osoby oznaczało ryzyko dla innej? Czy miał wyrzuty sumienia? Czy bał się, że przeżył kosztem innych?
Tego w książce zabrakło mi najbardziej.
A co z prawdą historyczną?
Książka jest powieścią opartą na historii prawdziwej osoby, a Lale Sokolov rzeczywiście istniał, był więźniem Auschwitz i pracował jako tatuażysta. Jego relacja była podstawą książki – Heather Morris rozmawiała z nim przez kilka lat.
Jednocześnie książka spotkała się z poważną krytyką historyków i badaczy Auschwitz. Wskazywano na błędy dotyczące między innymi numeru Gity, organizacji pracy tatuażystów czy przedstawienia niektórych wydarzeń obozowych. Auschwitz-Birkenau Memorial and Museum podkreślało, że książka nie powinna być traktowana jako wiarygodne źródło wiedzy o funkcjonowaniu obozu.
I tutaj warto postawić bardzo ważną granicę:
„Tatuażysta z Auschwitz” można czytać jako powieść inspirowaną prawdziwą historią, ale nie powinien zastępować książek historycznych ani świadectw ocalałych.
To nie odbiera jej wartości jako opowieści o Lalem i Gicie. Po prostu trzeba wiedzieć, czym ta książka jest – i czym nie jest.
Czy książka pokazuje Auschwitz zbyt łagodnie?
To chyba mój największy zarzut.
Nie chodzi o to, że autorka miała epatować okrucieństwem. Nie potrzebuję opisów przemocy tylko po to, żeby książka była „mocniejsza”.
Problem polega na czymś innym.
Momentami miałam wrażenie, że czytam przede wszystkim historię miłosną osadzoną w Auschwitz, a nie historię człowieka próbującego przeżyć Auschwitz.
To ogromna różnica.
Bo Auschwitz nie było tylko tłem dla niezwykłego romansu.
Było miejscem masowego mordowania ludzi, głodu, niewolniczej pracy, terroru i całkowitego odebrania człowiekowi bezpieczeństwa.
Dlatego po lekturze pozostał mi pewien niedosyt.
Chciałam wiedzieć więcej o tym, co działo się w głowie Lalego.
Mimo wszystko warto przeczytać
Pomimo wszystkich zastrzeżeń „Tatuażysta z Auschwitz” uważam za książkę wartą przeczytania.
Przede wszystkim dlatego, że jest przystępna i może być dla wielu osób początkiem zainteresowania historią Auschwitz i losem jego więźniów.
Ale właśnie dlatego warto po niej sięgnąć po kolejne książki – wspomnienia ocalałych, dokumenty i opracowania historyczne.
Nie traktowałabym więc tej powieści jako odpowiedzi na pytanie: „Jak wyglądało życie w Auschwitz?”
Potraktowałabym ją raczej jako pytanie:
„Jak człowiek próbował pozostać człowiekiem w miejscu, w którym odebrano ludziom niemal wszystko?”
I chyba właśnie ta myśl została ze mną najdłużej.
Moja ocena: 7,5/10
Historia i pomysł: 9/10
Wątek Lalego i Gity: 9/10
Emocje: 7/10
Wiarygodność historyczna: 5/10
Styl i łatwość czytania: 9/10
Siła oddziaływania: 7/10
„Tatuażysta z Auschwitz” to książka o miłości, przetrwaniu i nadziei, ale również książka, przy której warto pamiętać, że literatura inspirowana prawdziwymi wydarzeniami nie zawsze jest tym samym co świadectwo historyczne.
I może właśnie dlatego po jej przeczytaniu warto sięgnąć po kolejną książkę o Auschwitz – taką, która pozwoli zobaczyć tę historię z innej perspektywy.
A Ty czytałaś „Tatuażystę z Auschwitz”? Jak odebrałaś tę książkę – jako historię miłości, opowieść o przetrwaniu czy przede wszystkim książkę o Auschwitz?



Komentarze
Prześlij komentarz
Dziękuję za komentarz. Cieszę się, że zainteresował Cię mój artykuł. Pozdrawiam. Barbara Bereżańska