„Hotel Marigold” to jeden z tych filmów, które na pierwszy rzut oka mogą wydawać się lekką opowieścią o grupie brytyjskich emerytów wyjeżdżających do Indii. W rzeczywistości pod kolorową powierzchnią kryje się całkiem gorzka refleksja o starości, samotności, pieniądzach, utraconych możliwościach i tym, czy człowiek po sześćdziesiątce, siedemdziesiątce czy osiemdziesiątce może jeszcze zacząć życie trochę od nowa.
Grupa brytyjskich seniorów, z bardzo różnych powodów, trafia do podupadłego hotelu w Indiach. Każdy przywozi ze sobą własną historię, przyzwyczajenia, lęki i oczekiwania. Problem w tym, że miejsce przedstawiane jako luksusowy azyl dla starszych ludzi okazuje się dalekie od tego, co obiecywała reklama.
I właśnie tutaj zaczyna się najciekawsza część filmu.
Nie tak miała wyglądać emerytura
Bohaterowie przyjeżdżają do Indii z nadzieją, że znaleźli sposób na wygodne życie. Tymczasem zamiast eleganckiego hotelu zastają rozpadający się budynek, chaos, upał, hałas i zupełnie inną kulturę.
Dla jednych jest to katastrofa. Dla innych – niespodziewana szansa.
Film bardzo dobrze pokazuje, że starość wcale nie oznacza, że człowiek przestaje potrzebować zmian, bliskości, miłości czy poczucia, że jest jeszcze komuś potrzebny. Każda z postaci ma inny problem. Ktoś zmaga się z samotnością, ktoś z rozpadającym się małżeństwem, ktoś z brakiem pieniędzy, ktoś z poczuciem, że najlepsze lata ma już za sobą.
I chyba właśnie dlatego ta historia jest ciekawsza, niż sugerowałby jej dość spokojny rytm.
Starość, której nie chcemy widzieć
Najbardziej podobało mi się to, że film nie przedstawia seniorów jako jednej grupy „starszych ludzi”. Każdy z nich inaczej przeżywa swój wiek.
Są osoby, które próbują za wszelką cenę zachować dawne życie i przyzwyczajenia. Są takie, które czują się niepotrzebne. Są też bohaterowie, którzy dopiero po latach zaczynają zastanawiać się, czego właściwie chcieli od życia.
To bardzo prawdziwe, bo starość nie przychodzi wszystkim w ten sam sposób. Jedna osoba może być sprawna, aktywna i pełna energii, a inna w tym samym wieku potrzebować pomocy przy podstawowych czynnościach. Jedni mają rodzinę, ale czują się samotni. Inni są sami, lecz potrafią zbudować sobie nowe relacje.
Film pokazuje też coś, o czym rzadko mówi się wystarczająco głośno – pieniądze mają ogromny wpływ na to, jak wygląda starość. Kiedy emerytura jest niewystarczająca, wybór miejsca do życia, opieki czy leczenia przestaje być kwestią komfortu, a zaczyna być kwestią możliwości.
Indie jako zderzenie dwóch światów
Indie nie są tutaj tylko egzotycznym tłem. To właściwie jeden z bohaterów filmu.
Brytyjscy seniorzy przyjeżdżają z konkretnymi oczekiwaniami, a rzeczywistość natychmiast je weryfikuje. Inne jedzenie, inne zasady, bieda, tłum, hałas, sposób funkcjonowania miasta – wszystko to powoduje, że bohaterowie muszą wyjść ze swojej strefy komfortu.
Momentami jest zabawnie, momentami wzruszająco, a czasami wręcz niezręcznie.
Szczególnie interesująca jest postać Muriel, która początkowo jest bardzo niechętna Indiom i ich mieszkańcom. Jej uprzedzenia są mocno widoczne, ale właśnie jej przemiana należy do najciekawszych elementów filmu. Człowiek, który przyjeżdża z przekonaniem, że wszystko wokół jest gorsze od tego, co zna, stopniowo zaczyna dostrzegać ludzi, a nie tylko różnice kulturowe.
Czy na emeryturze można zacząć od nowa?
To chyba najważniejsze pytanie, jakie zostawił mi po sobie „Hotel Marigold”.
Czy naprawdę istnieje moment, w którym jest już za późno na zmianę?
Na nową miłość?
Na przyjaźń?
Na przeprowadzkę?
Na pracę?
Na odkrycie czegoś, czego wcześniej nie mieliśmy odwagi zrobić?
Film odpowiada na te pytania dość optymistycznie. Momentami nawet zbyt optymistycznie. Nie wszystkie rozwiązania wydają mi się równie wiarygodne, a kilka historii ociera się o filmową bajkę. Ale być może właśnie tego potrzebujemy w tego rodzaju opowieści.
Bo przecież życie nie zawsze daje człowiekowi drugą szansę. A jeśli już ją daje, czasami trzeba mieć odwagę, żeby z niej skorzystać.
Świetna obsada
Ogromną siłą filmu jest obsada. Judi Dench, Maggie Smith, Bill Nighy, Penelope Wilton, Celia Imrie i pozostali aktorzy sprawiają, że nawet wtedy, gdy fabuła zwalnia, chce się obserwować bohaterów.
Nie ma tutaj jednej wielkiej historii. Jest kilka mniejszych, które stopniowo zaczynają się ze sobą splatać.
I chyba właśnie dlatego „Hotel Marigold” bardziej się przeżywa, niż ogląda dla samej akcji.
Nie jest to film dla kogoś, kto oczekuje szybkiego tempa, zwrotów akcji i ciągłego napięcia. To spokojna opowieść o ludziach, którzy w pewnym momencie życia odkrywają, że jeszcze nie wszystko jest skończone.
Czy polecam?
Tak. 8/10.
„Hotel Marigold” jest filmem o starości, ale nie tylko dla seniorów. Właściwie jest to film dla każdego, kto zastanawia się czasem, jak będzie wyglądało jego życie za kilkanaście czy kilkadziesiąt lat.
Pokazuje starość bez lukrowania, ale jednocześnie przypomina, że człowiek nie przestaje być człowiekiem tylko dlatego, że ma więcej zmarszczek, mniej pieniędzy czy potrzebuje czyjejś pomocy.
I jest w tym wszystkim jeszcze jedna bardzo ważna myśl: czasami dopiero wtedy, kiedy tracimy to, co znaliśmy przez całe życie, zaczynamy naprawdę żyć.
A patrząc na bohaterów filmu, można dojść do wniosku, że na nowy początek nigdy nie jest całkowicie za późno.
Czy uważacie, że na emeryturze można naprawdę zacząć życie od nowa? A może po pewnym wieku na wielkie zmiany jest już za późno?


Komentarze
Prześlij komentarz
Dziękuję za komentarz. Cieszę się, że zainteresował Cię mój artykuł. Pozdrawiam. Barbara Bereżańska